Wszyscy się zachwycają, wszyscy o tym mówią. Gdzie nie spojrzeć, tam Millennium. A jak nie ta trylogia, to chociaż skandynawski kryminał, tak dla zachowania zasad.
Czy jest czym się zachwycać? Dobre pytanie. Jeśli chodzi o mnie, pierwsza część trylogii Larssona całkowicie mnie zauroczyła. Nie mogłam już się doczekać, gdy przeczytam i drugą część. Tym bardziej, że jedna z bohaterek (tak, to Lisbeth Salander) stała się moją ulubienicą. A rzadko zdarza się, by ktoś wzbudził u mnie zainteresowanie. Szczerze mówiąc, jest jedną z trzech moich gwiazdek literatury.
Odbiegłam jednak od tematu. Druga część ma wysokie noty. Ocena na biblioNETce jest, co najmniej, niezła. Kierowałam się jednak zachwytami ogółu co do całej serii i swoimi wrażeniami w odniesieniu do części pierwszej. Nie będę ukrywać, oczekiwałam naprawdę mocnej powieści.
Lisbeth zrywa kontakt z Mikaelem. Zrywa kontakt niemal ze wszystkimi. Odpoczywa na wyspach, relaksuje się, rozwiązując zadania z matematyki. Przy tym obserwuje ludzi i ich zachowania. Nadal możemy podziwiać jej niezwykłą inteligencję i kompetencję.