Sięgając po „Dożywocie” miałam spore opory. Mimo pozytywnych
recenzji, żyłam przeświadczeniem, że książka mnie nie zainteresuje. No bo cóż
może mi dać nieznana polska autorka książki o dość dziwnym tytule.
Konrad Romańczuk, pisarz, otrzymuje w spadku dom. I to nie
byle jaki! Z gotyckim zacięciem, pięknymi, niemal muzealnymi, meblami. Antyki
to jednak nie to, co charakteryzuje naszego bohatera, bowiem jest on typowym
mieszczuchem. Uzależniony od elektroniki i Internetu, nie od razu godzi się z
tym, że ma zamieszkać na takim odludziu.
Ale… Licho nie śpi, kot grasuje, a starodawny potwór czai
się w piwnicy. A kto czytał, ten wie, wcale nie wygląda to tak strasznie, jak
się może na początku wydawać.
Powieść tryska humorem, niekonwencjonalnymi dialogami, które
naprawdę bawią do łez. Nie pamiętam w swoim życiu książki, która by mnie tak
dobrze i skutecznie rozśmieszyła.
Zdarzyło mi się sięgać po utwory z zabawnymi fragmentami,
albo takie, które śmieszyły tylko na początku, a potem mocno irytowały, ale nigdy
jeszcze nie uśmiałam się tak bardzo.