Ostatnio sporo się naczytałam o książkach Guillaume Musso - a były to same pozytywne komentarze. Jak już mignęło mi przed oczami nazwisko francuskiego pisarza, to tylko pochlebnie.
G. Musso urodził się w 1974 r. w Antibes. Z zawodu nauczyciel, przez kilka lat pracował w liceum w Lotaryngii, potem na uniwersytecie w Nancy.
Swoją pierwszą powieść napisał w 2001, ale to nie ona przyniosła mu sławę. Co więcej, ta powieść nie doczekała się nawet polskiego tłumaczenia. Dopiero kolejna powieść pt. "Potem...", wydana w 2004 roku, zyskała ogromną popularność, sprzedała się we Francji w ponad 2 mln egzemplarzy.
"Telefon od anioła" to książka z 2011 roku. Trudno mi powiedzieć dlaczego sięgnęłam akurat po tę lekturę. Znałam kilka pozytywnych recenzji, nota wydawcy nie była zniechęcająca, a od czegoś trzeba było w końcu zacząć.
Każdy, kto miał do czynienia z podróżą samolotem, wie jakie na lotnisku panuje szaleństwo. Nawet jeśli nikt nigdzie nie gna, to i tak stres w związku z nadaniem bagaży czy odprawą wpływa dość niekorzystnie na nastroje.
Właśnie na lotnisku w Nowym Jorku po raz pierwszy spotykają się Jonathan i Madeline. Choć powiedzenie "spotkanie" to za duże słowo. Dosłownie na siebie wpadają, przy okazji zamieniając się przypadkowo swoimi telefonami. Po nieprzyjemnej wymianie zdań, rozstają się, zatopieni we własnych myślach i własnych małych problemach.
Oddaleni od siebie o tysiące kilometrów, zdają sobie sprawę o niemal tragicznej pomyłce. Oczywiste jest, że chcą jak najszybciej odzyskać swoje telefony, jednak czy ciekawość przezwycięży pożądaną w takich przypadkach dyskrecję?
Kim tak naprawdę jest elegancja paryska kwiaciarka, a kim kiedyś słynny szef kuchni - teraz właściciel bistro w San Francisco?
Kiedy czytamy dalej, dowiadujemy się, że tych dwoje może połączyć ich wspólna przeszłość, usiana tajemnicami, wieloma znakami zapytania. Powieść nabiera tempa, akcja przyspiesza i ani się obejrzymy, jesteśmy w środku dramatycznych wydarzeń.
Byłam, a prawdę mówiąc nadal jestem, zaintrygowana autorem powieści. Język, jakim jest napisana książka, być może też za sprawą tłumacza, bardzo mnie urzekł. Dosłownie pochłonęłam lekturę w trzy dni, co przy moim ciągłym braku czasu nie lada wyzwanie.
Zdecydowanie jest to powieść, którą się połyka w całości. Wciąga już od pierwszych stron, choć czasem gubiłam się w tym, gdzie tak naprawdę rozgrywa się akcja.
Co ciekawe, spodobały mi się podziękowania autora i jego wyjaśnienia na końcu książki. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak miłymi objaśnieniami, tak wydającymi się szczerymi, tak urzekającymi i zaskakującymi. Zazwyczaj jest to suche "dziękuję Annie Kowalskiej za pomoc w wyborze..." i omijam posłowie. Tym razem było inaczej. Na tyle, że mam ochotę po więcej.
Do bohaterów można by się przyczepić, że za mało w nich charakteru, że nie mają wad, ale moim zdaniem to by było czepianie się na siłę. Nie ma co ukrywać, że "Telefon od anioła" to książka lekka, ale zajmująca. Bardzo spodobała mi się jej forma i ze szczerym sercem mogę ją polecić każdemu. Nie trzyma bardzo mocno w napięciu, ale też nie przynudza czytelnika.
Jest to na pewno thriller z najdłuższym wstępem, jaki dane mi było przeczytać. Nie uważam jednak, że było nudno, a wręcz przeciwnie. Druga połowa książki równoważy pierwszą część, przez co nie można już zupełnie przestać czytać. Niby 400 stron, a czytało się tak szybko, jakby było ich maksymalnie 200. Idealna lektura na lato, które zdaję się w Polsce już zawitało (w Szkocji jeszcze pewnie miesiąc poczekamy - i dobrze!). Mnie się bardzo podobała ta przygoda, nawet bym się pokusiła wejść drugi raz do tej samej rzeki, a to już nieczęsto się zdarza.
To chyba jedyna książka Musso, której nie czytałam... Uwielbiam tego autora :)
OdpowiedzUsuńJa już mam w zanadrzu kolejną książkę tego autora, więc szykuje się kontynuacja moich przemyśleń w świecie Musso. :)
Usuń