Czasem jest tak, że opis książki od razu przykuwa uwagę. Trudno oprzeć się temu, co proponuje nam autor słowami innych ludzi. Czy to są informacje na przedniej, czy tylnej okładce, budzą różne uczucia. A jeszcze lepiej gdy okazuje się, że książka, którą trzymamy w ręce, kosztuje jedyne dwa złote. Porzućmy jednak reklamy.
Nazwisko autora było mi wcześniej nieznane i z przykrością stwierdzam, że pozostało tak nadal. Jedynym źródłem informacji została Wikipedia, oczywiście nie miałam dużego wyboru - język angielski to podstawa. Raisin Ross to brytyjski powieściopisarz. Właściwie to nawet trudno nazwać go pisarzem, gdyż znalazłam tylko tę jedną jego książkę. Wychodzi na to, że ów utwór to po prostu taki wybryk. Co dla mnie dziwne, książka była nawet nominowana do nagród literackich. Ale.. nie wnikajmy w upodobania Brytyjczyków.
Głównym bohaterem jest Sam Mardsyke - dziewiętnastoletni syn właściciela hodowli owiec. Ojciec chłopca jest człowiekiem surowym, mającym swoje zasady, które Sam akceptuje. Pomaga ojcu, nie uznaje nawet myśli, że mógłby zaniedbać swoje obowiązki. Co istotne, nie chodzi do szkoły, gdyż został z niej wyrzucony na skutek nieprzyjemnego incydentu, który wciąż kładzie się cieniem na jego reputacji. Gdy poznaje młodszą od siebie zbuntowaną nastolatkę (która w dodatku pochodzi z miasta), jego mózg ulega coraz bardziej niebezpiecznym urojeniom. Sam jest w głębi serca dobry, ale zniszczony również przez wiele zewnętrznych czynników.
Opowieść jest przerażająca, ale i przekonująca. Szkoda tylko, że... taka słaba.
Utwór ma zaledwie 260 stron, a akcja rozkręca się około 160. Wcześniejsze wydarzenia troszkę nudzą. Nie dzieję się za bardzo nic interesującego ani godnego uwagi. Krótkie rozmyślania głównego bohatera, jego uwagi dotyczące pracy... I nagle pojawia się ów punkt kulminacyjny i akcja tak pędzi, że nie wiadomo nawet kiedy się kończy. Pozostaje dezorientacja. W momencie, kiedy znudzony czytelnik otrzymuje dawkę adrenaliny, nie ma gdzie jej wyczerpać. To, co najciekawsze, zostało tak żałośnie skrócone, że pozostaje tylko rozżalenie. Szkoda, bo pomysł był naprawdę świetny. Dobry chłopak, który nieświadomie zamienia się w socjopatę.
Po skończonej lekturze można by usiąść wygodnie i pomyśleć o tym, co przedstawił autor. Książka potrafiłaby sprawić, że wstrząsa uczuciami, by przez kilka dni rozmyślać o tym, co doprowadziło do takiego, a nie innego zachowania Sama. Niestety.. Wykonanie i ostateczny "wygląd" to wszystko uniemożliwia. Nie mam bynajmniej na myśli okładki i kartek, na których wydrukowano utwór. Tutaj nie ma na co narzekać.
Jeszcze jedna uwaga. Dialogi. Zbudowane w naprawdę okropny sposób. Brak myślników, jakichkolwiek znaków, które oddzielają formę opisową od wypowiedzi bohaterów. Czyta się takie coś okropnie. Nie wiadomo czy ma się do czynienia z myślami czy wypowiedziami, a może to sugestia narratora? Grr... Zgroza. Nigdy nie zdarzyło mi się czytać tak fatalnie skonstruowanej książki pod tym kątem.
Podczas czytania kilka razy chciałam odłożyć książkę, ale że kupiłam ją (nieważne, że za grosze), postanowiłam, że przeczytam. Napiszę recenzję, która będzie się opierała na tym, co poznałam, a nie na fragmencie. Tak też początkowo myślałam o tym tylko, by wystawić najniższą możliwą ocenę. Ostatecznie wystawiłam jej nieplanowaną dwójkę (w sześciostopniowej skali). Wyższa ocena tylko za pomysł (genialny). Wykonanie i budowa akcji to po prostu totalna katastrofa.
To chyba nie jest książka w naszym guście, jednak recenzja książki bardzo rzeczowa i fajna.
OdpowiedzUsuńDziękujemy za udział w konkursie i życzymy powodzenia podczas losowania.
Tym razem okładka przykuwa uwagę, ale toja recenzja całkiem zniechęca.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Raczej nie sięgnę. Też mam tak, że gdy już kupię, to czytam do końca.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Czasami dobrze wiedzieć, po co nie sięgać :)
OdpowiedzUsuńFajna okładka :d
OdpowiedzUsuńRaczej nie przeczytam, ale jak wspominacie wyżej, dobrze wiedzieć, po co nie sięgnąć :d
Ja w przeciwieństwie do Percowatego uważam, że okładka nie jest zbyt zachęcająca. Jednak pomysł rzeczywiście dobry, szkoda, że całość wyszła tak slabo :(
OdpowiedzUsuń